piątek, 18 marca 2016

Rozdział 30

Okrągła liczba, moi drodzy! Rozdział 30. Miłego czytania :) Komentarze ultrasupermiło widziane 💕
Możecie spodziewać się sporej serii opowiadań i epilogu 😘


Evie

Glass Animal-Cacoa Hooves
Patti Smith-Beacause The night

Strugi deszczu spływają po zaparowanych  oknach jak tusz po policzkach dziewczynki,
którą kiedyś byłam. Małej osóbki o drobnych rączkach, która myślała że jest w stanie zachowywać się jak dorosła. Patrzy na mnie ze świata za szkłem.
Czemu jej policzki są suche, twarz wciąż poważna, a włosy dzikie?

Strumienie wody to nie moje łzy.
Widzę dżungle w swoim spojrzeniu, nieodkryte lądy.
Nie poznałam nigdy samej siebie; nie urodziłam się z kompasem wytyczającym mi szlak. Jedynym drogowskazem była magiczna gra polegająca na odbijaniu rożnego rodzaju piłek
 i lewitowaniu w powietrzu. Rano mam pojawić się na meczu. Myśl o nim wisi w mojej głowie na cieniutkiej lince; chce ulecieć jak ptak, ale coś ją powstrzymuje.
Sumienie dobija się do moich drzwi, krzycząc: czy ktoś mnie słyszy?
O, kochanie-myślę-Jak mogłaś tak potraktować tego chłopaka?
Przesuwam album, z którego wypada zdjęcie.
Z fotografii uśmiecha się do mnie znajoma postać. Tobias Puckey wydaje się przemawiać głębokim, hipnotyzującym głosem.

,,Nie zapunktowałaś, Evie.”

Krew zastyga w moich żyłach.

Dzwonek u drzwi rozbrzmiewa w pustej ciszy.

Dreszcze
Dreszcze
Dreszcze.

Chowam się pod ladą, a głowę w dłonie.
Kołysze się od przodu do tyłu. Albo od tyłu do przodu.
Już sama nie wiem. Krzyczę do mamy, by wróciła  z pracy.
Ale mamusia ci nie pomoże, Evie, nie masz pięciu lat.

Czy ja w ogóle zamknęłam drzwi?

Słyszę kroki. Może je sobie wymyśliłam.
Nie. Nie. Nie.
 Były prawdziwe, a teraz czyjeś dłonie spoczywają na moich ramionach.
Jedno spojrzenie wystarczy mi na powrót do rzeczywistości i zrozumienie  prawdy.
To nie Toby.
Nie jest to żaden Śmerciożerca.
Ani nawet Craven, czy  mama.
Zabini, pan czarujący we własnej osobie, tuli mnie do siebie.
 Kilka  tygodni rozłąki, które spowodowałam odpływa razem z kolejną sekundą zagubioną bez powrotu.
-Szszsz-ucisza mnie, a ja chcę nagrać ten dźwięk, aby odtwarzać go jak stara piosenkę, kiedy czuję tyle, co nic.

Za każdym razem. Aż początek zleje się z końcem, a melodia jego szeptu wyryje bruzdę
w moim sercu.

-Przepraszam-wyszeptalam.
-Zwariowałaś, za co? Miałaś pełne prawo się  nie odzywać. Evie, nie byłem gotów na zmianę
.... cokolwiek ci powiedziałem.
Odwróciłam się do niego i zanurzyłam w jego ciemnych ciemnych oczach. Prądy morskie porywają mnie w czarną glebie...czy gdzieś znajduje się dno?
-Myślisz, że ja byłam..jestem gotowa?-kręcę głowa- Wiesz, wciąż nie wiem jak to zrobić. Ale dokąd próbujemy...proszę. Powiedz mi, że dlatego tu przyszedłeś.
Czuje jego oddech,
wdech i wydech wdech i wydech.
Brak odoru alkoholu czy papierosów.
Lekka woń mięty i perfum o zapachu drzewa sandałowego.
Zbliża swoje usta do kącika moich i mruczy:
-Nie wiem, kochanie. Może przyszedłem się tu  trochę podroczyć?
Śmieje się, przybliża się jeszcze bardziej. Oplatam go nogami.
-Albo pobić?
- Już powaliłeś mnie swoim najlepszym strzałem, skarbie.
-Kusząca Vee! Spytam raz jeszcze. Gdzie się podziała sztywniara Evie?
-Och, skończ już z tym!
Wpijam się w jego pełne usta, wychodzimy w swoich objęciach spod lady.
Zataczamy się i błędny krok dzieli nas od upadku na sofę. Kręcę głową i ciągnę go na taras.
Wychyla się i krzyczy do kogoś, kto przygląda się nam z ulicy.
- Zwariowałeś?-pytam.
- Na twoim punkcie? Tak. Co do tego faceta, nie mógłbym być bardziej niezadowolony z jego obecności.
-A to dlaczego?
-Dlatego, ze dziś są moje urodziny i..
Przełykam ogień.  Nie miałam pojęcia.
- Nie patrz tak na mnie, Vee.  Nie mam w zwyczaju ich obchodzić. Moje życie to wystarczająca impreza. Ujmijmy, że to taki bunt.
Poprawiam jego kołnierzyk. Zatrzymuję ręce na torsie Zabiniego.
-Wiem, ze jest coś więcej na rzeczy..
-Może..
Całuje mnie, wypełniając ciepłem. Dotyka obojczyka. Jego uczucie zalewa mnie wrzątkiem. Kolorowe światełka świąteczne lśnią nad naszymi głowami.
- A może nic szczególnego. Albo nie coś, tylko ktoś. Ktoś szczególny.
Jest zimno, ulice pokrywają pierwsze cienkie tkaniny śniegu. Cały świat iskrzy się bielą,
ale z nieba zaczyna padać leniwy deszcz.
Chłopak muska moje ramię, z którego spadł rękaw swetra.
Gubię rozsądek razem z nim i depcze go bosymi stopami.
-Chyba się przeziębię. Przy tobie nie czuje chłodu.
Ubranie opada na ziemie,a Jonathan zostawia delikatne ślady na moim jasnym ciele jakbym była z porcelany.
Ciarki maszerują po moich plecach.
Unosi brwi.
-Tak sadzisz? A co powiesz na to? Accio, miotła!
Po szarości nieba oświetlonego światłem ulicznych latarni przemyka jego Piorun.
Zabini ciągnie  mnie do środka, otwiera szafę jak we własnym domu i wyjmuje ciepły płaszcz.
Bierze torbę i wrzuca ubrania. Letnie.
Otula mnie okryciem, czuje przyjemną fakturę wełny. Łaskocze mnie przy tej czynności, a ja wyślizguje się z jego ramion. Bierze w rękę miotłę i na ramieniu zawiesza torbę. Zakładam ciepłe buty.
Staje przy drzwiach i wskazuje na dwór. Uśmiecha się, jakby zapraszał mnie na przejażdżkę
 z jednostronnym biletem. Nie szkodzi.
Myślami już jestem na pokładzie.
- Wsiadasz, czy potrzebujesz kopa?- pyta, przymierzając się do miotły.
Prycham i i obejmuje go od tyłu.
Zawsze latałam sama.
Do teraz.
-Przy tobie? Nigdy.

Wiem, że nie byłam wieloma  rzeczami. Ale jestem dobra, stabilna. Moje uczucie jest czyste.
Wiem to, gdy całujemy się, leżąc na molo nad otwartym oceanem. Toniemy w ciemności nieba. Jesteśmy jedynym światlem na tym świecie. Wiatr smaga moją skore, ale pozwalam tej sile, by wzięła mnie w swoje objęcia.
Nathan ociepla mnie dotykiem.
Wstajemy i biegniemy wzdłuż brzegu.  Ucieka zanim do niego dobiegam. Zlewa się z czarną pustką i znów pojawia się dla moich oczu. Opadam na piasek, miękkie lądowanie. Topie się
w jego złocistych ziarnach.
Spocone ciało Nathana  spoczywa na moim, gdy stuka mnie w ramie byśmy zagrali w berka. Zgadzam się i gonie go, dopóki nie wbiega w ogromną falę. Znika pod jej powierzchnią i wynurza się ponownie jak heros z mitu.
Życie, gdy znów mam go obok siebie jest zbyt wspaniałe, by mogło być prawdziwe. Wbijam paznokcie w ramię.
Przywołuje mnie kuszącym gestem. Jest jak miraż na pustyni; mam wrażenie, że rozpłynie się w słodkim powietrzu.
Podążam powolnym krokiem, zdejmuje ubrania i wbiegam do wody.
Uśmiecham się zanim, tego pragnę. Uśmiecham się, bo nie pragnę niczego bardziej.
-Wstrząsasz moim życiem, wiesz?-pytam poprzez pocałunki.
-Ty, wstrząsasz moją duszą.
Roztapiam się pod jego dotykiem. Płonę i marznę w jego objęciach.
Żyję i oddycham. I wszystko pomiędzy.

Trawy  poruszają się na wietrze, liście szumią w rytm moich myśli. Siedzę na werandzie, kołysze się do muzyki gitary wybrzmiewającej w radiu.
Zachodzi mnie od tyłu i podaje mi tackę z jedzeniem.
Nie jestem głodna.
Chce tylko jego.
-Kiedy wracamy do śnieżnej Anglii?-pytam, rozglądając się po otaczającej nas naturze
 w pełnym rozkwicie.
Siada obok na schodach.
-Nie wiem, za dwa dni musze pojawić się na przesłuchaniu. Z tego co się orientuję, ty też nie masz go za sobą.
Kręcę głową.
-Kiedy myślę o ostatnich miesiącach, czuję pustkę. Jakbym natrafiła na lukę w świecie, pustą kieszeń. To wszystko ginie w moich wspomnieniach, a niedługo nie będzie po nich śladu...
Nie przeraża cię to?
-Myślę,że..niektóre rzeczy muszą zostać zgubione. Po to, by odnaleźć nowe. Największe rozdarcie; to miedzy tym, co znajome i ukochane a przyszłością, w której nie może się wydarzyć ponownie to samo. Dlatego staramy się wyłączyć myślenie. Jak mówiłaś..to działanie, chociaż spowodowane myślą, dokonuje jakiejś zmiany. Może to okrutne, ale taka jest prawda. Myśl to tylko początek.
-To nic nie rozwiązuje, prawda? Czy cokolwiek znaczy posiadanie takiej wiedzy?.
-Niektórych równań w życiu nie da się rozwiązać; matematyka, której nigdy nie zrozumiemy, Vee. Cóż..ja i tak jej nie rozumiem niezależnie od tematu...
Śmieje się. Zgrywa się albo nie docenia swoich umiejętności.
-Musimy walczyć o to, by nie schrzanić wszystkiego od nowa i nie rozpamiętywać przeszłości. Mimo to, gdzieś nosimy cześć tego, co było i dzięki temu jesteśmy sobą. Jeśli kiedyś to zgubię, sam będę zgubiony. Kto wie czy gdybym był inny..czy siedziałbym tu teraz z tobą, gdybym kiedyś nie był kim byłem? Nie wiem. Cholera, nie mam najmniejszego pojęcia.
 O wielu rzeczach nigdy się nie dowiem! I wiesz co? Pieprzyć to. Zamierzam się cieszyć tym, co los dał mi w prezencie.
-To nie tylko twoje najlepsze urodziny. Czuje się, jakbym sama je miała.
Machnięciem różdżki gasi światło w domku. Już może to robić, czary poza Hogwartem nie są  zabronione dla Nathana Zabiniego od dnia jego 17 roku życia.
Uśmiecham się.
Kiedy ten dzieciak dorósł?
Całuje go powoli, ale on zwraca mi uwagę na coś innego.
Pokazuje palcem na niebo, po którymś ktoś rozsypał srebrne perełki.
Myśle o wszystkich konstelacjach, co oznaczają i czy gdzieś znajduje się moja.
Gubię się w tłumie białych świateł.
Wiruje i wiruje ...
Odnajduje swoją gwiazdę obok siebie.
Spadła na ziemie i stoi obok mnie.
Przechodzą mnie dreszcze pod jego spojrzeniem. Szkarłat wypływa na moje policzki.
Nathan zdejmuje moją  sukienkę, a ja rozpinam jego koszule.
Odrywa moje bose stopy od podłoża,, gdy ciągnie mnie do środka.
Przestaje mnie całować, by wyłączyć radio.
Pamietam jak naprawiał inne w pensjonacie, który był kiedyś moim skarbem, teraz pozostaje żywy w moich wspomnieniach. Bezpieczny. Już tam nie powrócę.
 Wsadza do gramofonu płytę z jazzem.
-Mogę prosić o ten taniec?- pyta mnie, a ja widzę znajomego chłopaka stojącego w oknie Hogwartu.
Przez wiraż prześwituje światło nadające mu aureolę anioła. W jego ręku dostrzegam papierosa, choć teraz go tam wcale nie ma. Jego oczy wciąż mówią więcej niż łobuzerski uśmieszek.
Teraz jest taki sam, widzę w nim nieszczęśliwą miłość do życia i do kogoś, kto stoi przed nim szepcząc:
 -Karty na stół, Jonathanie.
Jego dłonie są wolne i mam ochotę to zmienić.
Podchodzę do niego i kładę jego dłonie na swoich biodrach.
-Ten i każdy kolejny.


Scorpius

Lana Del Rey-Mermaid Motel

Siedzi na murku i patrzy w niebo. Blady blask słońca zatapia swoje palce w jej rudych włosach. Dzień jest ciepły, jej kurtka rozpięta. Widzę swoją koszulę na ciele Weasley.
W Malfoy Manor spędziliśmy cały wieczór na rozmowie o fotografii, przyszłych planach, przekomarzaniu się i leczeniu ran, które nigdy się nie zagoiły. Poprosiła mnie, bym ofiarował jej koszulę, gdy wspominaliśmy naszą pierwszą wspólną imprezę. To wtedy wszystko się zaczęło. Moja pamięć dobijała się do drzwi umysłu z zatopionym wspomnieniem. W oczach Rose widziałem echo własnych niepewności i nadziei.
Dziś dostrzegam magię skaczącą w jej oczach; płonie w jej żyłach i wciąż musi panować nad swoimi mocami. Moje wnętrze oddała fakt, ze urodziłem się wcześniej. Gdy na nią spoglądam, wydaje się starsza o stulecia.
Patrzy na mnie jakby znała każdy mój krok.
Czyta z otwartej księgi, zna wszystkie runy, nagłówki i niewyraźne, mroczne notatki na stronicach życia chłopaka, który siedzi obok niej.
Mógłbym tak spędzić całą wieczność, ale ciągnie mnie do pobliskiej kwiaciarni.
Kiedy wchodzimy do środka, uderza nas paleta kolorów.
Zdają się krzyczeć ze wszystkich stron.
Zielone pnącza pną się po wysokim sklepieniu, a urocze doniczki otaczają nas z każdej strony. Za szklanymi drzwiami widzę kawiarenkę, w której zakochani popijają herbaty
o egzotycznych smakach, sączą słodki likier i rozsmakowują się w słodkich, lukrowanych łakociach. Po środku placu zwieńczonego szklaną kopulą znajduje się płytki basen z rybami.
Przyglądam się naszemu odbiciu w szybie.
-To moje ulubione miejsce-mówi Rose, gdy sięga po gałązkę lawendy.-Myślę, że odkryłam jeden ze składników twoich odurzających perfum, Skorpionie. Bynajmniej nie jest to jad ani tej paskudny ani węża..
Zbliża się do mnie, a jej oddech spoczywa na mojej szyi. Każdy nerw mojej skóry pali żywcem
i zaraz zaraz zaraz spłonę..
-Cóż, musiałeś dodać magiczne substancje odurzające.  Jeśli chodzi o zapach...To lawenda. Sama w sobie ma silne oddziaływanie na zmysły. Nieprawdaż?
Przysuwa do mnie gałązkę. Czuję zapach rośliny wokół siebie; otacza mnie, pokrywa
i spycha w przepaść. A ja skaczę zanim dokona na mnie sądu ostatecznego.
Rozgląda się, czy nikt jej nie obserwuje i zrywa jeszcze kawałek, który wkłada sobie miedzy włosy.
- Nie wiem czy wiesz, co oznaczają te kwiaty, wężu..
Unoszę brwi i nie mogę powstrzymać chichotu, gdy używa swojej wiedzy, by wprawić mnie
w zakłopotanie.
Jej twarz staje się na chwile poważniejsza, a cień zasnuwa oczy. Drobne ramiona uginają się pod ciężarem ostatnich miesięcy.
-Nieufność. Ten zapach oddalał cię od innych bardziej niż przybliżał. Chciałeś mieć życie pod kontrolą. Chciałeś być królem swojego podwórka.
Przestępuję z nogi na nogę, wiedząc że ma racje.
-Ale to w porządku. Kiedyś powiedziałeś mi, ze jesteśmy tacy sami. Miałeś rację. Ale jednego nie zauważyłeś. Wchodzę w chaos z każdym krokiem, który wykonuje w twoja stronę. I nigdy nie czułam się tak lekko.
Mimo swojego wzrostu, wydaje mi się drobna w moich ramionach. Jest silna, ale rownocześnie delikatna.
Moje usta błądzą wokół jej, nie podejmując żadnej decyzji.
W jej oczach zapala się to samo światło, które zobaczyłam zeszłego wieczoru.
Całą noc nie spałem. Powieki zaczynaja mi ciążyć , jakby rzuciła na mnie urok.
Może miłość jest jak Przysięga Wieczysta: zawsze będziemy związani niewidocznym sznurem, którego nie dało się przerwać.
Jest
ciaśniejszy
ciaśniejszy.

I jest miedzy nami mniej miejsca,
mniej tlenu,
 mniej barier.

Aż znika wszystko.

Ciągnie mnie na gore, a ja posyłam jej pytający wzrok.
-No co? Użyjesz Alohomory na drzwiach. Spokojnie, właściciele wynajmują te mieszkania po niskiej cenie. Jak nie będziesz mógł rozstać się z pokojem, wrócisz tu ponownie.
Zmierzyłem ją wzrokiem i posłałem szelmowski uśmiech.
- Na prawdę uważasz że to się uda?
-Z tobą? Oczywiście.
Czytam każdą runę, która skrywa jej myśli.

Zamykam drzwi, a wystrój pomieszczenia wprawia mnie w zaskoczenie.
Pokój upstrzony jest niezliczonymi kwiatami, a na tapecie zakwitają malowane róże.
Podłoga jest stara i skrzypi pod naszymi nogami. Na środku stoi miękki fotel o roślinnym wzorze.
 Siadam, a Rose chichocze.
- Malfoy na swoim tronie.
Rzucam w nią pluszową poduszką.
-Róża z kolcami.
Wzrok róży ląduje na drzwiach po lewej, perlisty śmiech wypełnia ściany,rozjaśnia pomieszczenie, kradnie cały blask słońcu.
-Co tam jest?
- Przekonaj się sam, wężu. Naszym przeznaczeniem zdaje się bycie razem na podłodze.

Przed moimi oczami pojawia się materac leżący na ziemi i świece porozstawiane dookoła.
Rozpalam je pstryknięciem palców.
Świat za oknem cichnie, a ja słyszę tylko bicie naszych serc. Przyciągam ja do siebie i jak po balu przyszpilam do ściany.
-Chyba musze zacząć chodzić w sukienkach, by zobaczyć cię znów w jednej z nich- mówię przez pocałunki.
Każdy z nich wywołuje palenie w moich wnętrznościach.
Od jej zapachu kręci mi się w głowie.

Jestem odurzony. Płynie w moim krwiobiegu, wypełnia każdy oddech.
Tonę w świecie, który rozmywa się i wiruje wokół nas.
-Chodź tu, Lawendo.
Ciągnę ja w swoją stronę. Dwa guziki od jej koszuli turlają się po podłodze, zmierzając w tylko sobie znanym kierunku.
Nieważne.
Widzę zaskoczenie w jej oczach, ale całuje mnie pierwsza i zrzuca bluzkę ze swoich ramion. Lądujemy na materacu.
Wyciągam z jej włosów fioletową gałązkę i wkładam ją sobie miedzy zęby.
Śmieje się, gdy muskam nią jej dekolt, schodząc coraz niżej.
Zaczyna się wiercić i jeszcze bardziej śmiać. Czuję jak jej skóra ociera się o moją.
Pragnę pragnę ten dźwięk zamknąć w szkatułce, a klucz powiesić na sercu. Dźwięk, którego pozazdrościłyby słowiki budzące ją ze snu.
Moje palce obramowują usta kwiatu; próbuje je ugryźć, wiec przyciągam jej nogi do siebie. Oplatają mnie i nie ma drogi ucieczki dla żadnego z nas.
Splata swoje ręce z moimi, opiera głowę na moim ramieniu. Chowam swoją w zagłębieniu jej obojczyka, oddycham cieżko.
-Wracam do Hogwartu-szepcze- chce przeżyć ostatni rok od prologu do epilogu. Wyczuwam niedokończona opowieść.
Uśmiecha się. Wiem o tym, bo czuje jej spokojny oddech na swojej spoconej skórze.
- Nie znoszę otwartych zakończeń-dodaje.
-Czy to jedno z nich?
-Być może.-uśmiecha się i nasze usta spotykają się z powrotem.
Usta do ust.
Czoło do czoła.
Ciało do ciała.

Nie ma już
odwrotu.


Albus

Nick Cave-Wild rose

James Blunt-Tears and rain


Obrotowe drzwi kręcą się jak karuzela. Ludzie wsiadają i wysiadają. Wskakują i spadają, ciągnąc za sobą innych. Każda blondynka ma uśmiech zimy, która nie zdążyła wybielić świata. Zalążka zimy porwanego przez lodowate odmęty wody.
Chlup.
Chlup.
Odpłynęła, a ja podryfowałem za nią.
Bramy, które przekracza są dla mnie zamknięte. Czuwam przed nimi, wdychając zapach egzotycznych pnączy.

Otwieram oczy. Siedzę pod szklanym dachem, przez który widać szare szare niebo.
A wokół mnie ludzie ludzie ludzie.
I tonę we wspomnieniach i tonę razem z nią.
Moja dłoń dzierży długopis
Piszę piszę i piszę.
O wszystkim, co pamiętam.
Tak jak było.
Tak jak miało być.
Mam początek, rozwinięcie i zakończenie.
Łzę w kąciku oka.
Życie w kawałkach.
Nie mam jej w swoich objęciach.

Kolejny obrót i do małego ogrodu w czterech ścianach wchodzi Rose. Ciągnie za sobą Scorpiusa.
Nie widzę jej oczu, ale na pewno się śmieją.
Żałoba kryje się pod szczęściem bliskości ukochanego.
Płatki kruchego śniegu rozpuszczają się na dachu; jak moje łzy, jej łzy, jego łzy, łzy jeszcze niewypłakane.
Po swojej prawej mam list od Lily przekazany z tymczasowego aresztu.
Proces zadecyduje o jej losie.
Czytam każdą literę, chowam każdy przecinek, zjadam każdą kropkę.

Albusie na niektóre rzeczy już za późno ale zawsze lepiej jest usłyszeć to słowo przepraszam myślałam że byłeś ode mnie lepszy ale ty starałeś się być lepszy dużo bardziej niż ja nie zapominaj o tym

ja straciłam Toby’ego ty straciłeś Chloe
ty straciłeś Chloe
ty straciłeś Chloe

Echo jak wyrok egzekucyjny. Jakbym kazał ją stracić.
Przyciąć dziką różę...
Nigdy nie powinienem jej opuszczać, nigdy nie powinienem pozwolić jej iść.
Lilia szepcze, bym obrócił się, ale niepodlewana...więdnie.

Po mojej lewej stronie leży inny list. Z czerwoną pieczęcią. Z adresatem wypisanym starannym, zawijanych pismem.
Moje palce błądzą wokół miejsca sklejenia.
Wyjmuję list. I czytam ponownie każdą literę, zatrzymuję się przy każdym przecinku, przemilczam każdą kropkę.

Szanowny Panie Albusie Potterze,
W imieniu Organizacji Wybitnych Czarodziei proponuję Panu możliwość jednorocznych studiów dla wyjątkowo uzdolnionych czarodziei odbywających się w Akademii Magii Beauxbatons. Program obejmuje rozszerzone kształcenie przed ukończeniem edukacji egzaminem z wszystkich lat nauki, lekcje dotyczące kultury i języka głównych krajów uczestniczących w projekcie, dodatkowe zajęcia dotyczące magii obronnej i integracje z rówieśnikami z całego świata.
Oczekujemy pańskiego potwierdzenia do końca grudnia bieżącego roku.
Dalsze informacje będą przekazywane w kolejnych listach.
Z poważaniem,
Prezes Organizacji Wybitnych Czarodziei,
Alain Cassel

Rozglądam się i widzę, że nieśmiały śnieg rozkwitł w przepiękne płatki.
Wiruje i opada. Opada i wiruje.
W powietrzu czuję nadzieję, wdycham ją i próbuje zatrzymać głęboko.
Głęboko w sercu; stąd nie uleci.
W mojej fantazji fontanna Nicolasa Flamela skrzy się obietnicami, niebieskie szaty wirują na wietrze, a ja odnajduje szczęście w miejscu, które opuściła Inez Arnaud.
Może wszyscy chodzimy tymi samymi ścieżkami. Tylko widzimy inne znaki na swoich drogach. W końcu to nie to, co nam się przydarza nas definiuje, ale to, czemu pozwolimy się zmienić.
Chloe mnie zmieniła, ale nie mogę pozwolić na zmianę, którą może spowodować jej strata.
Nie mogę upaść, bo nie wstanę. Muszę stać pomimo wiatru, który wieje w oczy, wyciska ze mnie łzy i szczypie mrozem moją skórę.
Nowe życie rozkwita nowymi obietnicami, pozostawiając w moim sercu złote płatki poprzedniego.
Zamykam swoją książkę i podpisuje nazwiskiem.
Cała historia w jednym zeszycie.

Nazywam się Albus Severus Potter. Noszę imiona po dwóch dyrektorach Hogwartu. Jeden z nich był Ślizgonem. Nie jestem swoim ojcem, wujem, ciotką, kuzynem, bratem.
Kryje się we mnie lekkoduch ściągany przez grawitacje jak ptak ze zranionym skrzydłem.
Kiedyś wzlecę ponownie.
Do słońca i do gwiazd. Jak feniks z popiołu.
Jest światło, które nigdy nie gaśnie.
I za nim podążam.









2 komentarze:

  1. Pierwsza! I przepraszam, ale wroce jutro, bo nie jestem w stanie sklecić sensownego zdania, a juz na pewno komentarza ;) Przepraszam, że znowu to robię, ale jednak bycie pierwszym daje taką malutka satysfakcję (zła strona mocy się odzywa). W każdym razie wracam z komentarzem jutro, a właściwie dzisiaj :) I gratuluję okrągłego rozdziału 30 i nie mogę już doczekać się oowiadania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że dopiero teraz komentuję ;)

    Co do rozdziału, to chyba nigdy mnie nie rozczarujesz :D Super napisany i co tu więcej dodawać :)
    Zawsze kiedy czytam Twoje rozdziały to przypominają mi się wakacyjne maratony filmowe z HP i te czasy kiedy po raz pierwszy czytałam serię :)
    Gratuluję 30. rozdziału :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń